Wspomnienia okupacyjne Stefana Wciślińskiego

 

...należałoby się przedstawić[1]. Matura w 1932 roku. Ta sama klasa, do której uczęszczał, nieżyjący już, pianista o światowej sławie Witold Małcużyński. Siedział na ławce za mną razem z Wojciechem Kwasiborskim rozstrzelanym w Palmirach w 1940 roku. Współpracownik fenomenalnie zdolnego Bolesława Piaseckiego, późniejszego założyciela Stowarzyszenia PAX, który był w klasie wyższej.

W 1937 roku uzyskałem tytuł magistra prawa na Uniwersytecie Warszawskim im. Józefa Piłsudskiego. Następnie ukończyłem Kurs Podchorążych Rezerwy przy 13 Dywizji Strzelców Kresowych w Równem na Wołyniu. W 1939 roku w obliczu zbliżającej się nieuchronnie wojny zostałem zmobilizowany w początkach sierpnia i wraz ze swoją Dywizją wcielony do Armii Interwencyjnej Gdańskiej. Znaleźliśmy się na Pomorzu. Jeszcze w garnizonie zostałem mianowany dowódcą ochrony sztandaru mojego 44 Pułku Legii Amerykańskiej. Zadanie opanowania Gdańska okazało się niewykonalne i w przeddzień wybuchu wojny Dywizja zostaje przerzucona w rejon Tomaszowa Mazowieckiego.

Wchodzimy w skład Armii Odwodowej „Prusy”. Pierwsze naloty, pierwsze ofiary. W Tomaszowie Mazowieckim jesteśmy witani okrzykami „bijcie Niemców!”, częstowani chlebem, owocami, wiśniakiem. Dochodzą do nas ponure pomruki dział spod Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie walczą już nasze pułki 43 i 45. Tymczasem mój pluton w którym byłem zastępcą dowódcy porucznikiem B. dostaje centralne zadanie. Umacniamy nasze pozycje na głównym szlaku natarcia na Warszawę, na szosie (dzisiejsza trasa Katowice – Warszawa). Trudne zadanie, szanse wydają się być niewielkie, jeśli zważymy, że mamy tylko jedną armatkę p-panc. i jedną zenitówkę. Intensywne bombardowanie naszych pozycji rozpoczęło się 6 września rano. Bomby padały gęsto, siedzieliśmy ukryci w dołach strzeleckich, aby uniknąć większych strat. Samoloty nieprzyjaciela latały bezkarnie, jedyna zenitówka niewiele mogła zdziałać. Naszych samolotów nie było widać. Oczekiwana pomoc z zachodu nie nadchodziła. Szosą wycofywały się spod Częstochowy resztki rozbitej 7 Dywizji – widok mocno deprymujący. Trwaliśmy, spodziewając się w każdej chwili najazdu czołgów. Przed wieczorem złowrogi szum w powietrzu zwiastował zbliżanie się armii gen. Rundstedta. Szans nie mamy żadnych. Chcąc uniknąć rozjechania przez czołgi rozpoczęto odwrót w lasy spalskie. W ciemnościach, rakiety wystrzeliwane przez dywersantów wskazywały niemieckim bateriom cele. Rozpoczęła się niesamowita kanonada. Ludzie padają, konie kwiczą, stają dęba, miażdżone drzewa łamią się z trzaskiem. Cofamy się na zachód – kierunek Wisła, aby zdążyć na przeprawy pontonowe, przedtem jeszcze Pilicą. Istnieje obawa, że Niemcy na swych pojazdach będą szybsi i odetną nam drogę do Wisły. Zdesperowani, podwładni żołnierze, klną, na czym świat stoi: „a żeby go jasny grom zabił, żeby on skonać nie mógł, ten antychryst co tę wojnę wymyślił”; celował w tych pomstowaniach jeden z kaprali. Mój marsz został niebawem przerwany. Ni z tego ni z owego łapie mnie jakiś wyższy oficer i rozkazuje organizować na trakcie obronę przeciwczołgową. Mówię, że nie mamy broni przeciwpancernej, „to pójdziecie na bagnety ! „ – słyszę. W nieszczęściu ludzie tracą rozum. Ale rozkaz jest rozkazem. Z trudem zatrzymuję około 50 ludzi, zajmujemy pozycje obronne, okopujemy się. Po jakiejś godzinie widzę, że z tych ludzi nie ma nawet połowy – trudno w nocy, w lesie, dowodzić i pilnować.

Dotąd nie wspominałem, że ta moja 13 Dywizja w przeważającej części składała się z Ukraińców z Wołynia, i Białorusinów z Polesia. Oni nie bardzo chcieli umierać za Polskę – szczególnie kiedy Niemcy rzucili ulotki, że będą tworzyć Wolną Ukrainę. W tej beznadziejnej sytuacji rozpoczynamy dalsze wycofywanie – czołgów na razie nie widać. Nad Pilicą mój batalion, który już się częściowo odnalazł, dostaje rozkaz osłaniać odwrót dwóch pozostałych batalionów pułku. Nieprzyjaciel coraz ściślej nas otacza. Most po przejściu batalionu saperzy wysadzają – część wojsk nie zdążyła. Na moście po raz ostatni widzę dowódcę pułku płk. F. W tym czasie ginie mjr. Ż – d-ca jednego z batalionów, giną oficerowie, giną żołnierze. Cofamy się ciągle przez spalone wsie, jeśli całe, to wymarłe, bez ludzi, jak cmentarze. Maszerujemy głównie nocami. Którejś takiej nocy zostaliśmy znienacka ostrzelani ogniem karabinów maszynowych z pobliskiego lasu. Zaskoczeni ludzie rzucają się do ucieczki, na nic się zdaje rozkaz : Stać ! Padnij ! Ognia ! – nie ma gdzie się ukryć, otwarte pole, popłoch. Ludzie padają rażeni: „O Jezu ! O Jezu ! – daje się słyszeć. Duch upada, jak to bywa, kiedy armia w odwrocie. Ratuję się skacząc w pełnym rynsztunku do rzeki, chyba Radomki. Zmoczony do suchej nitki jestem na drugim brzegu. Kolejnego dnia, ciągle w jakichś nowych składach osobowych, ryzykowne natarcie, mówią, że to Nowe Miasto nad Pilicą. Podstawa wyjściowa zagajnik, z miejsca powitani jesteśmy silnym ogniem z broni maszynowej – przerwane natarcie. Zginął wtedy kolega podchorąży, drugi dostał serię po nogach. Na szczęście zmieniamy kierunek i wychodzimy na szlak komunikacyjny. Zapchany uciekinierami, coraz trudniej się poruszać. Zmęczenie i głód coraz bardziej dokuczają – kuchnia została rozbita jeszcze pod Tomaszowem. Spragnieni, wodę pijemy z leśnych dołków. Coraz bliżej do Wisły.

Gdzieś około 10 września w nocy, w lesie, kpt. K. ogłasza tragiczną wieść : „wywiadowcy donieśli, że jesteśmy otoczeni, niszczymy broń, bo jak złapią z bronią to pozabijają – idziemy do niewoli”. Szybko decyduję – nie idę do niewoli !; żołnierze są zrozpaczeni. Dobieram sześciu zdecydowanych, odważnych, kieszenie pełne granatów, gołe bagnety w ręku. Przebijamy się. Pomimo ostrzału, na drugi dzień pod wieczór jesteśmy blisko Wisły. Ostatni odcinek pokonujemy na porzuconych koniach kawaleryjskich. Niestety, zostało nas tylko dwóch. Z resztą nie wiem co się stało. Jeden, bliski mi podchorąży B. opadł zupełnie z sił i zboczył do napotkanej chaty. Wchodzimy do sadu, nagle wyskakują chłopi: „gdzieście cholera wjechali, cała wieś pełna Niemców” – krzyczą. Bierzemy konie, krzakami docieramy do brzegu. Z wiklin wychodzą grupki żołnierzy. Mają tylko jedną, podziurawioną łódź, do której wszyscy się pakują. Jeden taki, jak mi mówią, zabił porucznika z rkm, bo pierwszy wskoczył do łodzi, zapamiętałem go, myślę, że w garnizonie porozmawiamy. Mówią, że po drugiej stronie są łodzie, ale przewoźnicy nie chcą ryzykować. Samoloty już nas wykryły i rzucają bomby. W górę lecą fontanny wody i piasku. Przeprawcie mnie, a ja zorganizuję przeprawę. Z kilkoma żołnierzami odszukaliśmy łodzie, przewoźników przekonaliśmy argumentami nie do odparcia, że nie należy się bać. Działo się to na wysokości Sobienie Jeziory. Pobliska przeprawa w Mniszewie, jak mówiono „rządowa”, opanowana przez Niemców, którzy już idą na Warszawę. Nasza 13 Dywizja – ostatnia zorganizowana dywizja broniąca dostępu do Warszawy – właściwie rozbita. Przez Garwolin, niemal całkowicie spalony, gdzie w koszarach uzupełniłem w jednostce kawalerii umundurowanie i uzbrojenie, kieruję się na Lublin. Niedaleko w Piaskach organizujemy kompanie rozbitków. Z moich ludzi nie widzę nikogo. Nastroje dosyć podłe. Niemcy, po zrzuceniu bomb, nadal bezkarnie atakują z broni pokładowej. W mocno przerzedzonych składach (miejscowi po prostu dezerterują), docieram, pamiętnego 17 września, do Łucka[2].

Tego dnia nawała sowiecka ruszyła na Polskę, o czym dowiedziałem się od napotkanego starszego oficera. Oficer radzi, abym w miejscowym 24 pułku piechoty przebrał się za cywila, bo radio podało, że o 12-tej wjadą czołgi. Istotnie, w samo południe jest pierwszy czołg. Nikt do niego nie strzela, bo nie ma czym. Pakt o nieagresji zerwany, szykuje się IV rozbiór Polski, sąsiedzi po raz kolejny dogadali się. W zaistniałej sytuacji postanawiam kierować się do Warszawy, pomiędzy dwoma armiami. Zorganizowałem trzech ludzi z P.Z.L-u z Warszawy i na zdobytych za papierosy, zardzewiałych rowerach, ile sił pedałujemy na Brześć. Tu czekają już nasi Ukraińcy, jeszcze nadal w polskich mundurach, tylko z czerwonymi opaskami na rękawach i wyłapują takich jak ja i podobnych. W porę się orientuję, rzucam rower do rowu, sam skaczę w pobliskie kartoflisko i unikam pojmania. Lawiruję między naszymi wrogami, w końcu gdzieś koło Kiwerc ładuję się do transportu z polskimi lotnikami. Jadą do Rumunii – nie ma innego wyjścia – wskakuję do nich. Jedziemy w dobrych nastrojach. Radość była krótka, pod Brodami na Podolu Sowieci zatrzymują pociąg. Wiele się nie namyślając, trochę czołgając się, trochę pędząc, skaczę przez krzaki do pobliskiego lasu. Zmrok zapada szybko. Szybka decyzja uratowała mnie chyba przed Katyniem. Nikt poza mną nie ruszył się z pociągu. Sytuacja nie do pozazdroszczenia: sam w lesie, lekko ubrany, bez jedzenia, bez dowodu osobistego, bez znaku tożsamości, z ostatnimi groszami w kieszeni, wśród nieprzyjaźnie nastawionej ludności i polujących na nas wrogów. Po nieprzespanej nocy, zziębnięty wyszedłem rano na drogę, mieszam się z uciekinierami, których wszędzie pełno. Głodny i wyczerpany kieruję się na Warszawę. I tym razem szczęście mnie nie opuściło. Niespodziewanie napotykam na kolegę z tej samej podchorążówki, który z trudem mnie poznaje po tej blisko miesięcznej tułaczce. Nie był zmobilizowany. Pochodzi spod Siedlec, gdzie rodzice i wujostwo mają gospodarstwo i folwark w Jagodnem. Po dwóch, trzech dniach dobiliśmy do owego folwarku, witani gościnnie. Jako tako odżywiony i wypoczęty ruszyłem do Warszawy, która jeszcze się broniła. Był dzień 5 października, kiedy znalazłem się pod mostem Poniatowskiego. Wjazd do Warszawy wstrzymany – Hitler przyjmuje defiladę w Alejach Ujazdowskich. Tak się skończyły moje boje w 1939 roku.

 

 

Sojusznicy zostawili nas na pastwę wroga, nie udzielili tak bardzo oczekiwanej pomocy. Dla Zachodu najważniejsze było zniszczenie komunizmu, nawet po trupie Polski. Nie chcieli pamiętać żeśmy ich przez wieki bronili przed Wschodem. Choćby ostatnie zwycięstwo nad bolszewikami pod Warszawą w 1920 roku, nad Niemnem i pod Komarowem, największej od bitwy narodów pod Lipskiem w 1813 roku – walce kawalerii, gdzie zginął książę Józef Poniatowski. Tak też i w 1939 roku, stawiając opór Niemcom, daliśmy czas Zachodowi i Wschodowi na przygotowanie się do nieuniknionej wojny.

Dla Polaków nastąpił okres ponurej okupacji hitlerowskiej. Życie w ciągłym strachu wywózki, łapanki, więzienia, obozu koncentracyjnego, egzekucji. Pracuję dorywczo w prywatnej firmie remontowej, jakieś małe interesiki – żyć trzeba. Przybywa rodzinie syn[3].

Nie mam żadnego dowodu, który by mnie chronił. W listopadzie 1943 roku, w okresie masowych egzekucji ulicznych, zostaję uwięziony na Pawiaku. „Jesteście zakładnikami. Jak nie ustaną napady na Niemców – wy odpowiadacie !” – ogłoszono nam oficjalnie. Zapowiadają, że będą co noc dwóch rozstrzeliwać. Nie mam żadnych szans na wydostanie się, nie mam takiego dowodu, który by mnie mógł wyreklamować. Tym, co ocaleją grozi Oświęcim. Jeść prawie nie dają, zupa na bazie wody, można ją lać do butelki, kawałek chleba, na wieczór jakaś ciecz, tak zwana „kawa”. Jestem po miesiącu obsypany czyrakami, po raz pierwszy w życiu dokuczają mi hemoroidy. Spanie na jakiejś sieczce, omal na gołej podłodze, zgnieceni do ostatnich granic, masy wesz, po prostu nie można zasnąć. Cud może mnie tylko uratować. Kiedy jestem już kompletnie zdesperowany, nagle podrywa mnie głos wachmajstra: „Wciśliński do kancelarii !”. Trzymają mnie twarzą do ściany, potem pozwalają podejść do biurka. Stawiają zarzut, że pracuję dla wywiadu angielskiego. Odpowiadam, że nie mam z tym nic wspólnego. Komendant Pawiaka nieźle mnie traktuje, ciągle nie wiem co jest grane. Nadzieja zaczyna we mnie wstępować, a może? Istotnie, na drugi dzień pod wieczór jestem wywieziony za bramy Pawiaku przez kapitana Gestapo. Wkrótce cała sprawa się wyjaśniła. Mój Ojciec trafił przypadkiem przez znajomego na młodą, ładną kobietę, folksdojczkę, która jak się potem przedstawiła, była osobistą przyjaciółką wysoko postawionego generała niemieckiego. Jeden telefon wystarczył. Ta sama kobieta, do której się później zwróciłem, uchroniła od najgorszego mojego brata Józefa[4]. Na ludzkim nieszczęściu żerowały wtedy różne hieny wyłudzając pieniądze, moi rodzice zanim znaleźli właściwą osobę, też najpierw padli ich ofiarą.

Nadszedł rok 1944, rok Powstania Warszawskiego. Byłem związany z AK. Chodziłem na zbiórki z kolegami z podchorążówki i z liceum Zamojskiego. Po fatalnej wpadce w 1943 roku, po wyjściu z Pawiaka, moje kontakty stały się luźniejsze. W Powstaniu działałem w P.K.B., włączonym do AK. 2 września wpadłem w ręce żandarmerii niemieckiej. Palili całą osadę, w której spałem w wykopanym dole. W ostatniej chwili udało mi się przekazać pistolet kobiecie, która wrzuciła go do studni. Psa owczarka[5] Niemcy zastrzelili na miejscu, chciałem przekupić żandarma – Ślązaka – nie udało się. Popędzili nas do obozu w Pruszkowie. Po drodze, na Okęciu uciekłem, (który to już raz). Tym razem nie było to takie trudne. Przez podwórze, w pole, schowałem się za kupą gnoju. Przerażony gospodarz w obawie o własną skórę protestował, ale jakoś przekonałem go do siebie. Przez Piaseczno, Grójec, wylądowałem w Częstochowie. Już z nowym dowodem, bo warszawiacy byli wyłapywani. Do spalonej, zrujnowanej Warszawy nie było po co wracać.

 Pracę znalazłem w tej samej firmie remontowej, w której pracowałem w Warszawie. 16 stycznia, w przeddzień sowieckiej ofensywy zza Wisły, inżynier – właściciel proponuje mi jazdę do Radomia, aby ewakuować stolarnię do Częstochowy. Decyduję się, można zarobić na skórach z tamtejszych garbarni. Już na rogatce ostrzegają mnie, że rusza ofensywa, liczę, że zdążę. Niedaleko Radomia Niemcy uciekają trzema kolumnami. Swoją ciężarówką i osobowym Fordem jadę pod prąd, posuwam się jedynie dlatego, że niemiecka sanitarka toruje nam drogę. Popłoch niesamowity, nawet chorzy ze szpitala pędzą o kulach. W Radomiu na ulicach pokopane rowy przeciwczołgowe, jestem zmuszony zostawić samochody na pierwszym, lepszym podwórzu. W nocy bezustanne bombardowanie, siedzę w piwnicy. Rano w mieście są już Sowieci., po ulicach walają się trupy tych, co nie zdążyli uciec. Mimo moich protestów Sowieci rekwirują firmowe samochody. Wracam do Częstochowy razem z nimi. Podczas podróży polują na uciekających Niemców, którzy uciekając nie okazują ochoty do walki. Po odłączeniu od Sowietów, którzy poszli na Łódź, wpadam na wyjeżdżających z lasu na motocyklu i koniu trzech oficerów niemieckich. Pytają o drogę „ nach Litzmanstad „ i odjeżdżają. Dołączam do nowego oddziału radzieckiego. W Opocznie wywiązuje się walka z przebijającymi się Własowcami. Ogień gęstnieje, kryję się w domu miejscowego sędziego. Zabłąkana kula zabija jednego z domowników. Następnej nocy jestem w znanym mi z 1939 roku Tomaszowie. Wygląda na opustoszały, tylko łuny oświetlają ulice. Noc spędzam w opuszczonym domu, w całkowitych ciemnościach. Nieprzyjemnie, czuwam do rana. Po drodze, w Suchowoli, jakieś NKWD woła mnie do ciężarówki. Nie podoba im się moja kenkarta, bo pisana po niemiecku. Przekonuję ich, że innych dowodów w Guberni nie było. W Gildach na moich oczach rozstrzeliwują za remizą kilkudziesięcioosobowy oddział niemiecki, który poddał się.

I tak dobrnąłem do Częstochowy, oczekiwany z dużymi obawami. Jeszcze raz udało się. Po roku wracam do Warszawy. Jedno mieszkanie[6] i kamienica Ojca[7] spalone, drugie, teściowej[8] ograbione z mebli. Cieszę się, że żyję po tylu dramatycznych przeżyciach. Trzeba zacząć od nowa...

 

 



[1] Tekst napisany w maju 1993 roku jako szkic artykułu do Wydawnictwa Wychowanków Gimnazjum i Liceum im. Jana Zamojskiego w Warszawie ul. Smolna 30. We wstępie jest mowa o poparciu autora dla prezesa Stowarzyszenia Wychowanków w związku z Jego zaangażowaniem w działania na rzecz organizacji. Stefan Wciśliński zmarł 31 maja 1993 roku. Artykuł nie ukazał się.

[2] Na Wołyniu, dzisiejsza Ukraina.

[3] Arkadiusz Zbigniew w 1941 roku

[4] Najstarszy syn Józefa, również wychowanek liceum im. Jana Zamojskiego.

[5] Drago

[6] Marszałkowska 22

[7] Madalińskiego 22

[8] Czerniakowska r. Chełmskiej