Warszawa, dnia 30.VIII.76 r.

 

 

Stefan Wciśliński – wspomnienia z Pawiaka

 

Urodziłem się dnia 5 czerwca 1914 roku w Warszawie. Dziad mój, obywatel miasta Proszowice koło Krakowa był powstańcem 1863 roku. W Warszawie zdałem maturę w gimnazjum im. J. Zamoyskiego, a w 1937 roku uzyskałem tytuł mgr praw po ukończeniu Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Po ukończeniu Dywizyjnego Kursu Podchorążych rezerwy w Równem na Wołyniu, zostałem zmobilizowany na początku sierpnia 1939 roku. Brałem czynny udział w kampanii wrześniowej – najpierw w Korpusie Interwencyjnym Gdańskim w okolicach Bydgoszczy, następnie w armii „Prusy”.

Uczestniczyłem w walkach pod Tomaszowem Mazowieckim i Spałą. Po przebiciu się nocą z okrążenia niemieckiego pod Białobrzegami na czele sześciu żołnierzy z granatami i bagnetami w ręku – mimo zalecenia dowódcy: „ niszczyć broń – bo jak Niemcy złapią z bronią, to pozabijają ” – docieram tylko z jednym żołnierzem do Wisły. W Łucku, gdzie się znalazłem 17 września, zmuszony sytuacją militarną i polityczną, żegnam się z mundurem i 5 października wracam do Warszawy zajętej już przez Niemców.

W więzieniu na Pawiaku przebywałem w październiku i listopadzie 1943 roku – w okresie masowych egzekucji ulicznych. w Warszawie. Schwytany zostałem podczas łapanki na rogu ulicy Marszałkowskiej i Widok. Raptownie zatrzymała się niemiecka „buda”, wyskoczyli żandarmi z automatami, popychany, zostałem wepchnięty do ciężarówki wraz z dwoma kolegami Stanisławem Bogdańskim i Edwardem Walasińskim. Obydwaj nie żyją. Ten drugi przeszedł Oświęcim – stracił płuco. Szwedzki Czerwony Krzyż wywiózł go do Szwecji i tam zmarł. Na Pawiak jechaliśmy ulicą Marszałkowską, chciałem ratować się wyskoczeniem, wcześniej uczynił to jeden z nas na rogu Złotej, wtedy żandarmi zepchnęli nas do przodu wozu i z bronią gotową do strzału zdwoili czujność. Oficerowie niemieccy, na rogu Moniuszki, strzelali do ratujących się ucieczką przechodniów. Po wjechaniu na teren Pawiaka od razu przeżyliśmy chwile grozy. Gestapowcy stanęli przed naszym szeregiem z automatami wycelowanymi w nas, grożąc, że wszyscy zginiemy, o ile nie znajdzie się ten, który wyrzucił notatki przed wjazdem na teren Pawiaka. Na wskazanego rzucili się bijąc go gdzie popadło, gdy upadł na bruk, kopali leżącego krzycząc „Jude, Jude” – jak się potem dowiedziałem notatki były pisane po żydowsku. Z łaźni zostaliśmy skierowani do celi, niemożliwie zagęszczonej, odebrano dowody i rzeczy osobiste. Po nocach nie można było spać – twarde sienniki na podłodze, masa wesz, chłody jesienne przy wybitej szybie i brak przykrycia, ponadto stan niebywałego napięcia psychicznego czynił z nocy koszmar. Kol. Walasiński leżał nocami na gołych deskach stołu nie mogąc sobie poradzić z natrętnymi wszami. Wyżywienie, jak powszechnie wiadomo, było poniżej wszelkich ludzkich norm – zupę można było lać do butelki, pół łyżeczki marmolady na dzień, ciecz przypominającą kawę i 100 – 120mgr tak zwanego chleba – głód niesamowity – opadało się z sił i traciło na wadze. Po kilkunastu dniach na tym nędznym wikcie bez białka, tłuszczu, witamin, zacząłem cierpieć na hemoroidy i czyraki naokoło bioder – więzienne leczenie niewiele pomagało, nigdy przedtem na nic podobnego nie chorowałem, byłem mocny i wysportowany. Po zwolnieniu dłuższy czas musiałem się leczyć na te dolegliwości, pozostałości po jednej z tych chorób odczuwam do dziś. Trochę witamin otrzymywaliśmy za pośrednictwem naszego Patronatu, w tej sytuacji niewiele to jednak znaczyło – opróżnienia bywało, że i dwa, trzy dni nie było.

Oświadczono nam „jesteście zakładnikami, listów ani paczek nie ma, włosów wam nie zdejmujemy. O ile nie ustaną napady na Niemców na ulicach Warszawy – wy odpowiadacie!”. Pierwszej nocy wywołano z celi; Harasymowicz, Jezierski – pamiętam do dziś – takie na nas zrobiło przygnębiające wrażenie. Co się z nimi stało nie wiem, odgłosy strzałów nocami ciągle się rozlegały – wiedzieliśmy, że w bramie na Dzielnej mają miejsce egzekucje.

Przesłuchiwany byłem chyba następnego dnia po uwięzieniu w kaplicy więziennej, nie ujawniłem ani ukończonego Uniwersytetu ani Podchorążówki – były wypadki bicia.

Pewnego dnia ustawiono nas na podwórzu przed obliczem, budzącym strach swoim wyglądem, komisji a Alei Szucha – twarze zawodowych morderców. Szukano jakiegoś Richarda, jakiś zamach, lokal „Za Kurtyną”, ul. Mazowiecka.

Niektórzy więźniowie byli zwalniani na skutek starań czy interwencji z zewnątrz, przeważnie pracujący dla gospodarki niemieckiej. Od tej strony nie miałem żadnej nadziei – z Niemcami nie miałem nic wspólnego, pracowałem prywatnie na własny rachunek w handlu.

Przypominam sobie taki fakt – wachman w naszej celi wpadł we wściekłość ciskając w nasz szereg taboretem, niezadowolony z postawy na baczność. Wrzeszczał, że „Polacy na baczność to stoją jak struny, a tak jak wy to stoją Żydzi.” Inny wachman czy wachmeister nazywał się Wencl, syn warszawskich piekarzy, zachowywał się spokojnie i to mnie ośmieliło, zwróciłem się do niego na korytarzu, już pod koniec prawie miesięcznego pobytu z zapytaniem, czy nie widzi możliwości wydostania się stąd. Odpowiedział mi, że już na wszystko za późno – przy naszych nazwiskach są literki K.L. i za trzy dni czeka nas transport do Oświęcimia. Było to chyba 8 listopada 1943 roku. Zrozumiałem, że to może być koniec – droga bez powrotu.

W tej tragicznej sytuacji nagle jestem wezwany do kancelarii. Przesłuchiwał mnie kpt. Gestapo Hamerli (nazywany „Rączka”. Nazwisko znam od Juty Stoor, która pracowała w gestapo). Ku memu zdziwieniu pytał czy pracuję dla wywiadu angielskiego, oraz skąd mam takie znajomości w Warszawie. Zrobiłem zdziwioną minę – skąd takie sugestie, nie wiedziałem co się dzieje, skąd te pytania. Potem stałem twarzą do ściany – wypełniano jakieś formularze, zaczęła świtać nadzieja, co potwierdził eskortujący mnie wachman. Następnego dnia, ciągle nic nie rozumiejąc, zostałem wywieziony za mury Pawiaka przez kpt. Hammerli, kierowca Hans. Wysadzono mnie na pl. Trzech Krzyży z zobowiązaniem do stawienia się w oznaczonym dniu w Alei Szucha.

Okazało się, że o moim zwolnieniu zadecydował przypadek. Zrozpaczeni rodzice, widząc kolejne afisze z listami rozstrzelanych więźniów Pawiaka, czynili starania bez rezultatu. Dopiero Ojciec będąc u znajomego na Puławskiej nr 35 lub 37 dowiedział się, że w tym domu mieszka pewna kobieta, po którą często zajeżdża pojazd niemiecki. Poprosiła Ojca o moją fotografię i oświadczyła, że zwolni syna. Jak się potem od niej dowiedziałem pochodziła z Leszna Wlkp. Podpisała volkslistę i pracowała w Kancelarii Lista. Nazywała się Juta Stoor i była osobistą przyjaciółką gen. SS Tegebeina (Tegeleina?). Zwolniła tylko mnie i jeszcze jednego Polaka. Dała do zrozumienia, że karta może się odwrócić.

W okresie okupacji, aczkolwiek formalnie nie należałem do organizacji podziemnej, tem niemniej w jakimś stopniu byłem z nią powiązany. Uczestniczyłem nieraz w zebraniach – najpierw u kolegi szkolnego Tadeusza Liżewskiego[1] na ul. Mokotowskiej 16, a po jego osadzeniu na Pawiaku i zaginięciu bez śladu, u kolegi z podchorążówki Zdzisława Ziemkowskiego, porucznika na etacie A.K., w Warszawie na ul. Szopena. Tam poznałem automat Sten, który zginął w czasie powstania warszawskiego na Rakowcu. Ja, po załamaniu się natarcia na Okęcie, znalazłem się nieopodal na dalekim Mokotowie (kolonia Zagościniec). Zostałem zastępcą miejscowego komendanta K.B., przedwojennego oficera policji, starszego człowieka o nazwisku Dobronoki, który w niedługim czasie został zamordowany przez Niemców. Teren naszej działalności był bezpański, w dzień patrole niemieckie, w nocy powstańcze z Mokotowa. Przygotowywaliśmy ludzi do powstania, opieka nad rannymi, pogrzeby, zbiórka żywności, warzyw, mięsa i dostawa do Warszawy, na Mokotów do szpitala Elżbietanek. We wrześniu teren został całkowicie opanowany przez Niemców – domy spalone. Uciekłem na Okęciu z konwoju Niemieckiego, uprzednio udało mi się ukryć pistolet F.N.N., sidolki i lornetkę. Udałem się do Częstochowy. Wkraczające wojska radziecki zastały mnie w Radomiu, dokąd przybyłem poprzedniego dnia celem ewakuacji stolarni przedsiębiorstwa budowlanego inż. Nowosielskiego, u którego pracowałem po wyjściu z Pawiaka. Do Częstochowy wracałem razem z linią frontu z oddziałami radzieckimi zwalczającymi po drodze rozbite grupy niemieckie. W Warszawie znalazłem się z powrotem w 1946 roku i nieprzerwanie mieszkam tu do dziś. Pracuję w ZZG Inco, Warszawa, Wolność 22, inspektor handlowy.

Mam dwóch synów : 35-letni Arkadiusz, mgr inż., pracownik „Polmozbytu[2]”, Warszawa, ul. Stalingradzka i 23-letni Stefan, technik samochodowy, pracownik „Transbudu”, Warszawa, Czerniakowska.

Stefan Wciśliński

O więźniach Pawiaka patrz: www.stankiewicz.e.pl/pawiak



[1] Jego brat Czesław Liżewski jest dyrektorem PKO na ul. Sienkiewicza w Warszawie – pewnie wie coś więcej.

[2] W rzeczywistości Przemysłowy Instytut Motoryzacji.